24.02.2019
FAITH
Wiara.
To coś, co wciąż trzyma mnie przy życiu.
Mimo tego, że rodzina, przyjaciele i moje zainteresowania są dla mnie bardzo ważne, Jego obecność i wiara w niego są na kompletnie innym "poziomie"
Więc przepraszam wszystkich i wszystko to, co kocham, bo jeżeli miałabym wybrać między wami wszystkimi, a Nim - wybrałabym Jego.
Nawet, jeżeli proponowanoby mi lepsze życie, brak kontuzji, spełnienie marzeń, przyjaźń z BTS, idealnego chłopaka, dobrze płatną pracę... I tak wybrałabym Jego.
Dlaczego?
Bo wiem, że jeżeli po prostu Jego postawię na pierwszym miejscu, jeżeli szczerzę będęgo cenić najwyżej, On mi to da, bo chce widzieć mój uśmiech.
i nie, nie robię tego, by dostać to, co chcę. To mija się z celem.
Chyba, że to, co chcę, jest złe dla mnie i mnie zniszczy, wtedy będzie mnie chronił jak matka swoje dziecko przed ogniem.
Nie ważne, jak świat by się walił, palił i łamał.
Jak ciężko, by mi było...
Świadomość tego, że On stoi na końcu drogi i czeka na mnie, pociesza mnie i dodaje mi otuchy.
Bo wiem, że On nie ocenia mnie. Akceptuje to, jaka jestem.
Nie oczekuje ode mnie przenoszenia gór i robienia z siebie tej, którą nie jestem.
On po prostu tu JEST.
Przytula, gdy go potrzebuje.
Rozmawia ze mną... Wiem, wydaje się to śmieszne i niemożliwe, ale ja na prawdę z Nim rozmawiam. Tak jakbym gadała ze znajomą z klasy. Tyle, że ta konwersacja toczy się przez myśli. Trudno to wyjaśnić jednym słowem. Po prostu słyszę Jego głos w głowię.
Jak więc miałabym w Niego nie wierzyć, hm?
Jak można, nie wierzyć w coś co się widzi, słyszy i czuje! Ha!
Jak jestem w Kościele i przyjmuję Jego ciało, moje serce zaczyna bić tak szybko, że mogłoby wyskoczyć z mego ciała.
Widzę, jak jasna sylwetka Kogoś stoi za księdzem.
Czuję Jego obecność, gdy zasypiam.
Jak zamykam oczy widzę to piękne królestwo i widze, jak mnie wita ciepłym przytulasem prawdziwego Ojca.
Coś co od zawsze pragnęłam.
Bezinteresowna, wieczna miłość.
Dlaczego sam/a tego nie spróbujesz? Nawet nie wiesz, co tracisz!
Ale to nie polega na tym "Daj mi to, i to"
Jak trwoga to do Boga, co?
"Bo mi nie pomógł, jak prosiłam, więc w Go nie wierzę"
Serio? Jesteś aż tak... Samolubny/na? Odsuwasz kogoś tylko dlatego, bo nie pomógł, gdy książkę/ księżniczka sobie zachciała? Życie jest brudne, ciężkie, pełne gór i upadków, smutku, łez, ran, chorób, zawodzeń, zdrad, rozwodów i wiele więcej!. Nie zawsze jest czyściuteńkie i milusieńkie! Wciąż tego nie wiesz? To ile ty masz lat? 6? Takie już po prostu jest!
Ale nie zapominaj, że góra składa się z dołu i góry, gdzie czeka szczyt. Tak jak pagórki. Raz jesteś na dole, raz na górze. Od ciebie zależy, jaki "pagórek" zastasz, gdy na niego wkroczysz. Brudny i smutny, czy czysty i radosny, z wszystkim najcenniejszym dla ciebie. Możesz przecież się uśmiechać, nawet, gdy problemy nie znikły. Ciesz się chwilą, a nie romyślasz i rozpaczasz ciągle nad przeszłością lub to, co będzie w przyszłości! Walić przyszłość, będzie to, co będzie i koniec! Ciesz się tym, że tu stoisz do cholery, a nie to, że stałeś lub będziesz stać. To od ciebie zależy, nie od Boga. On chce ci to dać, ale ty to odpychasz. Cóż, przykro, bo ja wchodzę w to kompletnie! Po co mam rozpaczać, skoro mogę być szczęśliwa?
"Oooo, ale to nie jest takie proste, jak ci się wydaje"
Gówno prawda, paraliż i rehabilitacja, która trwa do dzisiaj też nie były "proste, jak ci się wydaje", a jakoś żyje i się uśmiecham.
Spróbuj po prostu chcieć bezinteresownie go poznać, bez ,żadnych próśb, oczekiwań i rozkazów.
Po prostu przeproś, otrzymaj nową, czystą kartkę i ruszaj dalej.
Porozmawiaj z Nim swobodnie, nie oficjalnie i zaśnij nie prosząc o nic, kompletnie.
Zacznij zauważać Jego działanie w codziennym życiu, nic nie jest przypadkiem u Taty!
Mogę brzmieć dla ciebie jak szaleniec lub ktoś z sekty, co nie?
Trudno, myśl se tak. Twoje życie się nie zmieni i wciąż wkroczysz w to samo kółko. Jak chcesz!
Ja już z niego daaawno wyszłam. Ale cóż, twoja decyzja, skoro ciągle chcesz trwać w miejscu! Ja ciebie na pewno nie zmuszę, to twoje serce musi ci to podpowiedzieć, że chcesz coś zmienić.
Ale zadam ci to pytanie.
Co On musi jeszcze zrobić, byś uwierzył/ła?
No co?!
Czy to, że ludzie są uzdrawiani z nieuleczalnych chorób, ślepoty, głuchoty, paraliżu (jak ja) nic nie znaczy?
Że BYŁ i CHODZIŁ na świecie jak ty teraz, też?
O, a może jeszcze to, że stworzył cały wszechświat. Dalej nie?
(Sory, ale wiara, że coś powstwało samo z siebie, bo to są prawa nauki, dla mnie jest mało przekonujące)
Że umarł za ciebie i pokonał śmierć? Też nie?
Czy ktoś bliski tobie, który zmarł, wstał z grobu?
Spokojnie, znam odpowiedź. NIE!
Więc zadaj sobie pytanie, co On ma jeszcze zrobić, byś uwierzył.
"Nie istnieje, bo nie spełnia moich próśb"
A czy ty spełniłbyś prośby osoby, która cię kompletne IGNORUJE?
Czy nie irytowałoby cię, nie smuciło i złościło, gdyby ktoś, kto z tobą w ogóle nie rozmawia, a ty go kochasz nad życie, codziennie przychodził i mówił "daj to, daj to, daj to", a nic nie dawał w zamian?
Więc otwórz w końcu te oczy i przestań chodzić w kółko!Przestań być tak arogancki, jeżeli jesteś!
Nie widzisz, że świat jest o wiele większy, niż myślisz?!
I lepszy! I jeszcze większy! Nie kręci się tylko wokół twojego nosa i tyłka!
Jeżeli nie chcesz Go poznać, nie oczekujesz pocieszenia i poprawy.
Innymi słowy, TY chcesz czuć się ŹLE.
Może dlatego, by inni poświęcali ci więcej uwagi?
Byś miał problemy niczym ludzie prosto z filmów i seriali?
Ha, tak, tak, tak...
Nie próbujesz się chwytać każdej deski ratunku?
Bo ja jak jestem zdesperowana, łapię się wszystkiego.
Czemu nie chwycisz tej jedynej, która jest najbardziej stabilna? Nie rozumiem, serio.
Tyle ludzi się nawróciło, no come on!
Nawet ci źli gangsterzy, najwierniejsi ateiści, naukowcy!
A jeżeli jeszcze tego nie wiesz, On nie ma oczekiwań wobec ciebie, że musisz zrobić to i to i dopiero "Będę cię kochać".
On po prostu chce, byś ty chciał. Tyle.
Ostatnio widziałam też Kościół w śnie.
Biały, czysty, bez żadnych ozdób, złota, pieniędzy, bez ludzi i nawet bez księży. Biały, ogromny Kościół w czerwoną lampą niedaleko ołtarza. Za ołtarzem stał tron. To był konfesjonał, na środku podwyższenia, jak królewski tron. Ktoś w nim siedział. Zgadnij tylko kto?
On.
Nie, nie ksiądz.
Jezus.
Ale wstał i zaczął klaskać, a ja zaczęłam iść prosto, czerwonym dywanem, do niego. Im bliżej byłam, tym szybciej moje serce biło.
Całe moje życie zniknęło za zamkniętymi drzwiami Kościoła.
Byłam tylko obecna ja, i On.
Stanęłam na przeciw Niego i patrzyliśmy sobie ciągle w oczy, bez słowa.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, tak samo On.
Nie musieliśmy nic do siebie mówić, nic wyjaśniać.
On wszystko wiedział, ja wiedziałam już wszystko.
Przytuliłam go, a On objał mnie swoimi ojcowskimi, ciepłynmi ramionami. I szepnął do ucha "Cieszę się, że przyszłaś".
Obudziłam się wtedy z głową obróconą w stronę Krzyża i światłem padającym na mnie zza okna.
Ja postanowiłam do niego podejść.
To od ciebie zależy, czy zrobisz jak ja, czy cofniesz się i otworzysz drzwi ponownie do swojego życia i próblemów.
Dominika.
Tak po prostu.
Komentarze
Prześlij komentarz