23.01.2019
CHANGES
Tak, jakby cały świat nagle przewrócił się do góry nogami wraz z moim myśleniem i życiem.
Tak nagle, tak szybko, tak niespodziewanie.
Za szybko...
Ostatniego czasu czułam się rozdarta, niepewna siebie, beznadziejna, małowartościowa, nudna...
Miałam za duże oczekiwania na życie, za dużo myśli w sobie, które mnie niszczyły. Byłam zbyt samotna, lecz chciałam być sama.
Wiesz o co mi chodzi?
Być samym, zamkniętym w swoim pokoju, bez nikogo, ale nie być samotną. Czuć, że mogę do kogoś napisać, że ktoś nadal o mnie myśli.
Moje marzenia okazały się zbyt duże do spełnienia.
Moje idealne życie, którego tak bardzo pragnęłam nigdy się nie spełni.
Idelne chwile niczym z filmów, piosenek i fragmentów życia moich idoli, nigdy nie nadejdą...
Dlaczego?
Bo to nie jest moje życie. To nie są moje szczęśliwe chwile. To nie mój czas. To nie na mnie biją oślepiające światła reflektorów. To nie do mnie uśmiechają się ludzie. To nie na mój widok wrzeszczą i klaszczą z radości. To nie mnie uwielbiają. To nie ja dostaję nagrody i miliony oklasków.
Jaka ja byłam zachłanna. Pragnęłam idealnego życia, idealnej sylwetki, by być dobra we wszystkim, by mieć najlepsze oceny, zdrową nogę, umieć tańczyć, śpiewać, jeźdźić na łyżwach, rolkach, mieć paczkę wspaniałych przyjaciół...
Przestałam marzyć o idealnej miłości, już mnie to nie obchodzi. Tym, co stało się najważniejsze, była przyjaźń. Tak bardzo łaknęłam jej, tej idealnej, pięknej przyjaźni, by móc stworzyć wiele szczęśliwych wspomnień, a nie przykrych jak dotychczas... Bo zaczęłam zauważać, że relacja z "najlepszą" przyjaciółką się popsuła. To nie jest to samo, co kiedyś. To nie tego chciałam.
TO
NIE
TEGO
CHCIAŁAM!
Tak się starałam, pomagałam jej pomóc z całych swych sił, ignorując swoje cierpienie. Tak bardzo chciałam się do niej zbliżyć, kontynuować rozmowę, mieć wspólne tematy... Ale ona się zmieniła przez szkołę i już innych przyjaciół, nie mnie... Ma ich w internecie, w klasie.. Teraz woli ich, przy nich się uśmiecha, do nich się upodabnia i staje się taka, jak oni, a nie ja. Ignoruje to, co dla mnie ważne, czyli pocieszenie, jakie dał mi Bóg. Ignoruje moje rady i to, jak chcę małą cząstkę atencji.
Bo ja tak jej potrzebowałam... Lecz u niej nie znalazłam.
Tylko w 7 chłopakach z pewnego zespołu, którzy pomogli mi bardziej, niż ona, a przecież nawet nie wiedzą o moim istnieniu...
Bo słowo "powinnaś iść do psychologa" nie jest rozwiązaniem.
Bo powiedzenie "powiedz to dla rodziców, zrozumieją" jest bez sensu.
Wystarczyłyby mi tylko 3 słowa.
Tak, tylko 3.
"Jestem tuż obok"
Bym czuła, że ktoś jest obok mnie i nadal dla tej osoby na mnie zależy. Bym czuła, że to nie tylko ja się staram. Ale nie otrzymałam takich słów, tylko suche pocieszenie osoby wpatrzonej w ekran komputera i nowych znajomych. Głos bez uczucia, bez rozterki, bez żalu do mojej osoby. Głos, który chce odbębnić swoją robotę, bo nie chce się przytulić i pomóc. Bo uważa, że przesadzam? I że to tylko tymczasowe...
To nie jest ta sama przyjaźń, co kiedyś... już mnie ona nie cieszy i nie bawi, tylko męczy. Jestem tym nadzwyczajnie w świecie zmęczona.
I mam tyle mysli do przekazania, a nie wiem jak je ująć w pełną i loginą całość. Moje myśli to bardzo skomplikowany mechanizm, którego sama nie rozumiem.
Być może to wszystko się stało dlatego, bo zauważałam, że nie mam tak idealnej przyjaźni, o jakiej zawsze marzyłam. Zobaczyłam ją u tych chłopaków, i w tylu filmach, w realnym życiu...
Dlatego tak jej pragnęłam
Oglądałam ich życie, marząc, by było moim.
By występować na scenie, tańczyć, mieć zdrową nogę, rękę, sprawne, wysportowane ciało, niezliczoną ilość talentów, by ludzie mnie uwielbiali mimo wszystko, bym mogła ich pocieszać i pomagać im, by moje życie było filmowane i sklejone w idealny film bez skazy.
Nie obchodziły mnie wady tego życia, nie dostrzegałam ich. Dla mnie było ono po prostu idealne, świetnie, bez rysy i blizny, gdybym tam była. Mimo cierpień i ran, tam blizny nie było.
Zaczęłam być zbyt zachłanna i mieć za dużo marzeń, które są bez sensu, których nie mogę spełnić.
Chciałam mieć taką przyjaźń, co oni. Chciałam być dobra w tylu rzeczach, w których nie jestem i ignorowałam te, w których faktycznie jestem dobra.
Moje myślenie i uczucia stały się paradoksem.
Szkoła była męczarnią, jak wstawałam, chciałam zamknąć się na klucz w domu. Nie chciałam być w szkole, chciałam być sama, bez ludzi i ich oczu skierowanych na mnie.
A jednak chciałam ich atencji i perfektyjnego życia licealnego.
A jednak nie chciałam być samotna, a chciałam być sama.
Chciałam idealnej przyjaźni, ale odsuwałam od siebie niesamowitych ludzi, myślac, że oni mają już swoje przyjaźnie i na pewno się zawiodę prędzej czy później.
Śmieszne, co?
Bo pragnęłam mieć marzenie na siłę.
Pragnęłam móc biec po nie jak najszybciej i najlepiej potrafię, bez wyrzutów sumienia.
Zatraciłam się w tym błędnym kole pełnym upadków.
Lecz nagle, zwykła piosenka podniosła mnie na duchu.
BTS "Paradise"
"Bo nie musisz mieć marzenia. Możesz się zatrzymać. To jest ok, jeżeli masz w życiu szczęśliwe chwile i powód, by się uśmiechać. Wtedy możesz nie mieć marzenia"
Z mojego serca spadł kamień i przychodziły kolejne piosenki.
"To ja jestem tym, który powinien kochać siebie. Bo jestem piękny i błyszczący w środku, dlatego siebie kocham"
"Nie musisz być KIMŚ. Możesz być i NIKIM, ale przynajmniej jesteś sobą i to ci wystarcza"
"Zawsze będę przy tobie, dlatego nie płacz już i się uśmiechnij. Ściśnij moją dłoń, bym mógł czuć twoją obecność obok siebie. Kocham cię, na zawsze."
Tyle piosenek i tyle pięknych słów zaczęło napływać do mojego ucha. Tyle pocieszenia!
Wreszcie czułam, że ktoś zwraca na mnie uwagę! Że komuś zależy! To było piekne, niesamowite!
Pomogli mi znów podnieść się, by ruszyć dalej.
Ale po prostu idąc, nie biegnąc.
Nie będę się katować. Mogę sobie pozwolić na dzień bez treningu, mogę zjeść coś słodkiego w ciągu dnia, mogę się nie nauczyć bardziej do jednej kartkówki. Dopóki nadal będę myślec o osiągnięciu celu, jest ok. Nie muszę być wielkim człowiekiem, nie muszę być kimś.
Dostałam wsparcie mamy, która również oświetliła moja drogę.
"Nie izoluj się od innych, daj im szansę"
Po tym uścisku, jakiego potrzebowałam, postanowiłam coś zrobić, coś zmienić, a przynajmniej zobaczyć, jak to będzie.
I nagle...
Przyjaciele, których tak odsuwałam, zaczęli zauwazać, że coś ze mną jest nie tak, a przecież nic im nie mówiłam.
Takie śmieszne, błache słowa dodawały mi otuchy i wrażenia, że jednak tu są i mi dopingują.
"Będę tu dla ciebie, zawsze"
"Przyniosę wędkę i złowię twój smutek, wyciągnę go z ciebie"
"Zrobiłaś coś z włosami? nie? Bo ślicznie z nich wyglądasz"
"Masz ładne włosy i brwi, na prawdę"
"Brawo, Dominika!"
"Tak, tak, i tak dostaniesz dobrą ocenę, jak to zawsze ty"
Te wspólne śmiechy, szcżęśliwe wspomnienia... To dodało mi otuchy i zaczynam wychodzić z tego dołka smutku i depresji.
Dziękuję wam wszystkim, że przy mnie byliście wtedy, gdy tego potrzebowałam. Dzięki wam poznałam, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto tylko atrapą przyjaciela.
Teraz dzięki wam mogę się uśmiechać i wierzyć, że kiedyś na pewno mi się uda. Jak nie teraz, to za rok, za dwa lata lub trzy! Ale będę iść, powoli, ale jednak kiedyś dojdę do celu, bo biegnąc możesz się potknąć i już się nie podnieść, a idąc widzisz dokładnie zagrożenie na drodze i możesz je ominąć, by iść dalej.
Komentarze
Prześlij komentarz